Zawiniona bezbronność

W środowiskach definiujących się – nader niejasno – jako patriotyczne do stałego repertuaru tematów należy polityka zagraniczna obecnego państwa polskiego. Patrioci rozmaitych autoramentów nader często oskarżają jego klasę polityczną między innymi o to, że prowadzona przez nią polityka zewnętrzna cechuje się brakiem koncepcji, planu, fundamentalnych celów, stałych zasad, niekonsekwencją, słowem, że ma charakter doraźny, by nie rzec przypadkowy, a taki brak ciągłości wystawia państwo i naród na szkodę czy wręcz na niebezpieczeństwo. Fakty wydają się przeczyć temu wyobrażeniu. Jeżeli w ogóle w jakiejś dziedzinie kolejne gabinety i partyjne koalicje realizują tę samą, spójną linię, to właśnie w polityce zagranicznej. Linia ta daje się streścić w określeniu: poddańczy stosunek do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Następujący po sobie premierzy oraz ministrowie spraw zagranicznych wiernie i twardo przestrzegają zasady, iż w stosunku do USA nie tylko można, ale trzeba się podlizywać, wysługiwać, płaszczyć, poniżać, żebrać, potakiwać – byle tylko nie pozwoliły Polakom przestać wierzyć w istnienie rzekomego polsko-amerykańskiego „sojuszu”. Partie tworzące kartel parlamentarny mogą się demonstracyjnie wykłócać o rzeczy nieistotne, ale to pryncypium nie ulega zmianie. Politykę czołobitności względem Waszyngtonu uprawiał SLD tak samo, jak przed nim AWS i Unia Wolności, a po nim PiS. Nie inaczej postępuje PO, czego symbolicznym podsumowaniem i potwierdzeniem była niedawna wizyta w Warszawie prezydenta Obamy, nastrojem wiernopoddańczego hołdu przypominająca przyjmowanie Breżniewa przez Gomułkę czy Gierka. Trudno jednak przeoczyć istotną różnicę: za czasów Gomułki czy Gierka, mimo całej ich służalczości względem Kremla, polscy żołnierze nie byli wysyłani na drugi koniec świata, by walczyć i ginąć w nie powiązanych z polską racją stanu wojnach, spowodowanych agresją Związku Sowieckiego na jakiś odległy i egzotyczny kraj.

O dziwo, we wspomnianych środowiskach patriotycznych (w tym w wielu zaliczanych do luźno pojętej prawicy*), na poziomie ogólników tak przecież krytycznych wobec aktualnej polityki zagranicznej, jedyny może jej trwały element, jakim jest zacięty amerykanizm, znajduje nie tylko zrozumienie, ale i wielu żarliwych obrońców. Niektórzy z nich, przyparci do muru w dyskusji, przyznają w końcu, że polska polityka względem USA nosi znamiona serwilizmu, ale zaraz dodają z irytacją: trudno, musimy być realistami,** Polska jest za słaba, by mogła sama zabezpieczyć się przed zakusami mocarstw, więc skoro już komuś trzeba się podlizywać, to najbardziej opłaca się podlizywać najsilniejszemu. Warto zatrzymać się nad tym argumentem, ponieważ mało kto zauważa jego bezsensowność. Im silniejszy drugi partner, tym łatwiej mu nas sprzedać, bo im większą potęgą sam dysponuje, tym mniej jesteśmy mu potrzebni, za to wzrasta możliwość zrobienia z nas prezentu dla kogoś innego. Co szczersi z „patriotycznych” apologetów orientacji atlantyckiej stawiają sprawę jasno: powinniśmy się podlizywać i wysługiwać Waszyngtonowi, bo wtedy Ameryka będzie w zamian temperowała niebezpieczną dla Polski aktywność Niemiec i Rosji. Najwyraźniej umyka im, iż w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi każde z tych dwóch państw może w dowolnej chwili przelicytować Polskę we wszystkim – zaoferować bez porównania więcej pieniędzy, rozleglejsze wpływy, skuteczniejsze instrumenty dyplomatyczne, większą siłę militarną. Z jakiegoż to powodu Waszyngton miałby w swoich rozgrywkach nad tak poważnych partnerów przedkładać Polskę, skoro do zapewnienia sobie przezeń posłuszeństwa tej ostatniej wystarczają jak dotąd piękne słówka – komplementy i obietnice bez pokrycia?

Polska dyplomacja latami żebrała o to, by na naszym terytorium państwowym dyslokowane zostały amerykańskie bazy lub instalacje wojskowe (jednocześnie jej zwierzchnicy kornie wysyłali polskich żołnierzy na śmierć w piaskach Iraku, górach Afganistanu i gdzie tam jeszcze kazano). Kierowano się rozumowaniem, że „nikt [w domyśle zwykle Rosja] nie odważy się zaatakować kraju, gdzie Amerykanie utrzymują własne oddziały i sprzęt”. Długoletnie przyjmowanie postawy ubogiego krewnego, przychodzącego po prośbie, i cierpliwe ponawianie poniżających żebrów przynosi teraz rezultat: na naszych oczach w fazę finałową wchodzą uzgodnienia, zgodnie z którymi w trzydziestoośmiomilionowej Polsce stacjonować będzie dwudziestoosobowy pododdział obsługi naziemnej US Air Force. Polskie władze nie omieszkały otrąbić ich w mediach jako swojego sukcesu.

Przez co najmniej kilkanaście ostatnich lat Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej na każde gwizdnięcie z Waszyngtonu były wysyłane na „misje międzynarodowe” w różne punkty globu, by tam pełnić funkcję wojsk okupacyjnych lub jednostek policyjnych w krajach będących aktualnym przedmiotem inwazji bądź okupacji amerykańskiego hegemona. W efekcie nabrały charakteru sił czysto ekspedycyjnych (czytaj: do cudzego użytku), co oznacza, iż państwo polskie utraciło zdolności obronne. Przedstawiciele polskich władz pytani, czy w chwili obecnej armia byłaby zdolna obronić kraj przed agresją z zewnątrz, udzielają wyraźnie wykrętnej odpowiedzi. Brzmi ona następująco:

„Natomiast, jeśli chodzi o zdolności Sił Zbrojnych RP do odparcia ewentualnego ataku na Polskę, trzeba wziąć pod uwagę dwa różne scenariusze. (…). Pierwszy z nich zakłada dużą agresję na nasze terytorium, która mogłaby zagrozić istnieniu państwa i jego suwerenności. W stosunku do takiego zagrożenia musimy brać pod uwagę to, że w jego odparciu wzięłyby udział także siły Sojuszu Północnoatlantyckiego – którego członkiem jesteśmy. Groźba tego typu agresji nie pojawiłaby się nagle, z dnia na dzień. Musiałaby ona być poprzedzona dłuższym okresem narastania napięcia i eskalacją kryzysu. Żeby takie zagrożenie było realne musiałyby zajść także znaczące zmiany w sytuacji politycznej w naszym bezpośrednim otoczeniu, musiałby się pojawić jakiś ewentualny agresor. NATO miałoby czas, aby stopniowo się przygotować i odnosić do zmieniających się warunków, włącznie z rozmieszczeniem na terytorium Polski wojsk Sojuszu. Patrząc na zadania związane z obroną suwerenności i istnienia państwa polskiego musimy pamiętać o tym, że nasze wojsko działałoby w ramach dużego zgrupowania sojuszniczego, nie byłoby samo. Gdybyśmy mieli odeprzeć dużą agresję sami nie dalibyśmy sobie z tym rady, należałoby opracować strategię przechodzenia do prowadzenia walk w rozproszeniu, podejmowania działań nieregularnych. W wypadku tzw. dużej wojny musimy oprzeć się na kooperacji z sojusznikami.”

Powyższy cytat pochodzi z wywiadu udzielonego w ubiegłym roku magazynowi „Liberté!” przez szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, gen. Stanisława Kozieja. Analogiczne wypowiedzi padały z ust urzędującego ministra obrony narodowej czy członków dowództwa Sił Zbrojnych RP. Inaczej mówiąc, osoby odpowiedzialne za obronność państwa polskiego przyznają, że nasze wojsko nie byłoby dziś w stanie stawić czoła obcej inwazji i w takiej sytuacji Polski musiałyby bronić armie jej sojuszników. A jeśli sojusznicy Polski realizowaliby sojusz w podobny sposób, jak w 1939 r., okazałaby się ona bezbronna i bezsilna.

Państwo całkowicie pozbawione samodzielności strategicznej, w którym obrona narodowa pozostaje iluzją, w wypadku zagrożenia mogące tylko liczyć na cudze zmiłowanie – to szczyt upokorzenia dla wszystkich jego obywateli, a zarazem zwieńczenie rządów dotychczasowej klasy politycznej. W razie wrogich kroków jakiegokolwiek innego państwa trzydziestoośmiomilionowa Polska będzie się chować za dwudziestoosobowym amerykańskim oddziałkiem jako jedyną rękojmią własnego bezpieczeństwa. Tak kończy się na naszych oczach polityka wytrwałego zrzucania obowiązku obrony własnego kraju na państwa trzecie i powtarzania zaklęć, że w razie czego to one będą nas bronić.

W 1921 r., po zakończeniu demobilizacji po wojnie polsko-bolszewickiej, liczebność Wojska Polskiego ustaliła się na poziomie około 260 tys. i utrzymała na nim do końca okresu międzywojennego. Liczba ludności Polski w 1921 r. wynosiła 27, 2 mln. W maju 1939 r. Wojsko Polskie liczyło 354 tys. osób; liczba ludności Polski przekraczała wówczas 35 mln. Gdyby ta proporcja miała być utrzymana, współczesna Polska z około 38, 2 mln mieszkańców powinna posiadać siły zbrojne liczące około 365-385 tys. żołnierzy. Tymczasem Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej liczą dzisiaj około 102 tys. osób, a ich liczebność przez szereg ostatnich lat wykazywała tendencję spadkową.

Takiej polityki, skutkującej rozbrajaniem własnego państwa i narodu, nie da się wyprowadzić ani z tradycji politycznej Józefa Piłsudskiego, ani też z tradycji politycznej Romana Dmowskiego. Warto to podkreślić, ponieważ „patriotyczni” zwolennicy zwasalizowania Polski wobec USA nierzadko szargają nazwisko któregoś z tych mężów stanu, wykorzystując je dla usprawiedliwienia popieranej przez siebie orientacji.

Opisane tu położenie państwa stanowi zarzewie jego przyszłej katastrofy. Jeżeli Polacy chcą jej uniknąć, niezbędne jest odejście od linii realizowanej od dawna przez gabinety rządowe niezależnie od ich partyjnego składu – przede wszystkim na dwóch płaszczyznach.

Po pierwsze, w miejsce ponawiających się obniżek i cięć kosztów, musi nastąpić radykalne zwiększenie nakładów na wojsko – na jego formowanie, szkolenie, wyposażenie i opłacenie, tak, by możliwa stała się jego rozbudowa. Ministrowie finansów nieodmiennie ubolewają, iż na potrzeby armii (a także policji) nie ma skąd brać pieniędzy. Jednocześnie co roku bez problemów znajdują się środki na utrzymanie takich instytucji, jak ZUS, KRUS, PFRON oraz oczywiście na finansowanie z budżetu działalności parlamentarnych partii politycznych. Tymczasem za wymienionymi akronimami kryją się struktury znane  z marnotrawstwa funduszy publicznych, zdolne wchłonąć dowolną sumę pieniędzy, a mimo to niezdolne do prawidłowego działania, w dodatku stanowiące (jak PFRON) powszechnie znany, wygodny parawan dla malwersacji. Odpowiedź na pytanie, skąd na początek wziąć więcej pieniędzy na wojsko (i policję) wydaje się nietrudna. Dopływ dostatecznych środków finansowych dla sił zbrojnych, umożliwiających im efektywne wykonywanie ich zadań, powinien zostać zabezpieczony za pomocą precyzyjnych przepisów prawnych rangi konstytucyjnej – tak, aby np. dopuszczanie przez rządzących do sytuacji, w której Polsce grozi utrata własnej Marynarki Wojennej (jak obecnie), było złamaniem konstytucji, zagrożonym odpowiedzialnością karną przed Trybunałem Stanu. Zapisy konstytucyjne dotyczące Sił Zbrojnych RP należałoby zresztą zebrać w odrębnym rozdziale konstytucji, umiejscowionym w jej systematyce tak, by uwypuklał znaczenie wojska dla państwa i jego pozycję ustrojową. Przykładu dostarcza tu konstytucja Węgier, gdzie znajduje się osobny rozdział o Siłach Zbrojnych i Policji.

Po drugie, Polska musi zdobyć się na odzyskanie samodzielności w zakresie polityki zagranicznej i obronnej. Tu za przykład posłużyć może polityka „francuskiej wyjątkowości” (exeption française) prowadzona przez gen. Charlesa de Gaulle’a za jego prezydentury (1958-1969), a obliczona na uniezależnienie Francji zarówno od bieguna amerykańskiego, jak i sowieckiego. Aktualny polski rząd postępuje dokładnie na odwrót: wyłazi ze skóry, aby zadośćuczynić oczekiwaniom Brukseli, Waszyngtonu, Berlina i Moskwy – ale zawsze cudzym – a jednocześnie za pomocą propagandowych („wizerunkowych”, jak kto woli) sztuczek podtrzymać medialne wrażenie, jakoby Polska z każdym żyła w przyjaźni, z każdym miała dobre stosunki, współpracowała ze wszystkimi i przez wszystkich była forytowana jako pożądany partner. O tym, jak w polityce międzynarodowej kończy się chęć stania po wszystkich stronach naraz, poucza nas smutno historia.

Adam Danek

* Opisywana tendencja występuje z mniejszym lub większym natężeniem w takich grupach, jak: środowisko „Frondy”, Klub Jagielloński, Młodzież Wszechpolska, PiS, Stowarzyszenie KoLiber, Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi, Unia Polityki Realnej.

** Tak, tak – rzecznicy bezkrytycznego rusofilstwa nie mają monopolu na argumenty z „realizmu”.

Protego et servio

Policja zalicza się do najbardziej nieodzownych instytucji państwowych. Jej struktury przynależą do organów odpowiedzialnych za tzw. funkcje rdzeniowe państwa – chroniących sam byt wspólnoty politycznej. Państwo może istnieć bez parlamentu, ale nie może istnieć bez służby typu policyjnego, może działać bez przeprowadzania wyborów, ale nie bez werbowania i szkolenia jej funkcjonariuszy.

Policja pozostaje zarazem jedną z najbardziej nie lubianych instytucji państwowych i grup zawodowych. Jeśli wierzyć ulicznym mądrościom, jakie można usłyszeć w codziennych rozmowach, służy ona głównie do tego, żeby się czepiać, wtrącać, uprzykrzać życie, nękać ludzi zajmujących się własnymi sprawami za robienie rzeczy, które właściwie przecież nikomu nie szkodzą. Badania prowadzone przez socjologów w państwach zachodnich plasują policję na jednym z najniższych miejsc w rankingach prestiżu społecznego.

Społeczne postrzeganie policji, jak widać, nie zachęca do podejmowania w niej służby i raczej nie wpływa motywacyjnie na pracę samych policjantów, skoro oznacza nieustanne zmaganie się z powszechnie odczuwalnym odium. Ale świadczyć też może o poważniejszym problemie: o szeroko zakorzenionej w społeczeństwie niechęci do państwa i jego instytucji, czyli – patrząc inaczej – do czynników podtrzymujących ład w życiu zbiorowym. W Polsce takie nastawienie zapewne jest mentalnym wspólnym dzieckiem demokracji i komuny. Demokracji – z jej anarchiczną i głupią wiarą, że „nikt nie ma prawa nikomu niczego narzucać” oraz histeryczną podejrzliwością wobec wszelkich prób zaprowadzenia dyscypliny i ścieśniania samowoli. Komuny – bo przez kilkadziesiąt lat uczyła naród postrzegać instytucje państwowe jako narzucone i obce, a formacje policyjne wykorzystywała do zadań niegodziwych, motywowanych wulgarną ideologią. Konsekwencje wyhodowanego przez nie i wciąż pielęgnowanego na poziomie społecznym nastawienia niestety nie kończą się na nieszkodliwym zrzędzeniu. Ich złowrogi owoc to rozwój i rozreklamowanie w popkulturze środowisk (głównie wśród młodzieży), w jakich konfrontację z policją traktuje się jako sport, rozrywkę, sposób spędzania czasu i powód uznania wśród rówieśników. Państwo, gdzie najbardziej namacalny symbol ładu, jakim jest policja, budzi tak mały respekt, że jej funkcjonariusz zostaje w biały dzień zadźgany w miejscu publicznym przez dwóch nastoletnich szczyli, poniosło klęskę, zaś jego naród najwyraźniej nie zasługuje na byt państwowy, którego nie potrafi szanować. A przecież mowa nie o zmyślonym przykładzie, lecz o autentycznym, względnie niedawnym wydarzeniu na polskiej ulicy.

Państwo polskie, jeżeli w ogóle zasługuje wciąż na tę dumną nazwę, musi zaangażować wszelkie środki potrzebne do tego, aby zmienić społeczne postrzeganie policji. W polskiej tradycji służba w jej szeregach wiązała się przecież z odebraniem silnie patriotycznej formacji moralnej. Polscy policjanci niejednokrotnie dali jej dowód w okresie Polski niepodległej, o czym można się przekonać, sięgając choćby po pracę zbiorową „Udział Policji w wojnie polsko-radzieckiej 1919-1920” (1999), wydaną pod redakcją prof. Andrzeja Misiuka. Po zakończeniu wojny obronnej roku 1939 wielu policjantów trafiło do sowieckiego obozu jenieckiego w Ostaszkowie, a następnie zginęło z rąk NKWD w masowym mordzie w Kalininie (Twerze), dokonanym w 1940 r. Policyjne mundury nosił przed wojną szereg żołnierzy i funkcjonariuszy Państwa Podziemnego, m.in. komendant główny Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa płk Marian Kozielewski (1897-1964) czy jego zastępca (i dowódca oddziału egzekutorów PKB) mjr Bolesław Kontrym (1898-1953), zamordowany po wojnie przez komunistów. Służba państwu w szeregach policji powinna uchodzić za wyróżnienie – honor spotykający starannie wybranych, najlepszych synów Ojczyzny. Policjant zaś powinien być dumny, że dostąpił tego zaszczytu i starać się zasłużyć na swój nimb. W prawidłowym porządku rzeczy (a jakże daleko dziś od niego jesteśmy) funkcjonariusz policji budzi szacunek rodaków, ponieważ walczy ze złem (sic!), przechodnie z podziwem wskazują go dzieciom, a ambitni młodzi ludzie rywalizują ze sobą o przejście wyśrubowanej selekcji kandydatów na jego kolegów ze służby.

Stosowane od pewnego czasu cyrkowe sztuczki „wizerunkowe”, które mają przedstawić policję jako instytucję „przyjazną”, „otwartą” i „życzliwą” trzeba uznać za jedno wielkie nieporozumienie. Jeżeli przyniosą jakikolwiek efekt, to będzie nim rozpropagowanie „wizerunku” policji jako instytucji niepoważnej. Policjant nie musi bynajmniej wydawać się ludziom „fajny”, ale – jako najbardziej konkretne j najłatwiej zauważalne dla zwykłego człowieka uosobienie siły państwa – musi budzić ich respekt. W tym kontekście zainicjowane niedawno zaostrzenie kar za targnięcie się na funkcjonariusza policji wypada ocenić jako jeden z nielicznych sensownych projektów zmian prawnych w ostatnich latach.

Podstawowego sposobu, w jaki państwo może wpłynąć na sprawność policji, dostarczają niezmiennie instrumenty ekonomiczne albo, mówiąc ściślej, finansowe. Z uwagi na specyficzne funkcje i cele jej działań, państwo powinno gwarantować, aby policja była grupą szczególnie odporną na wszelkie formy przekupstwa, a zatem, by należała do najlepiej wynagradzanych grup zawodowych. Tymczasem mizerność policyjnych zarobków długo pozostawała wręcz przysłowiowa (chociaż od tamtej pory uległy one pewnej poprawie). Dopóki policjant ze swoich poborów nie jest w stanie utrzymać rodziny nawet na przeciętnej stopie życiowej (choćby w jej skład wchodzi tylko jedno dziecko), jego odporność na korupcję będzie wystawiona na permanentną próbę, którą nawet w starannie dobranej i przygotowanej grupie nie każdy przejdzie pomyślnie. Konieczne wydają się więc dalsze zmiany w polityce płacowej, a mówiąc normalnym językiem – znaczne podniesienie poziomu wynagrodzeń w policji. Jeżeli służbę Ojczyźnie w tej formie mają podejmować najlepsi z nas, niech wiedzą, że warto – także na przyziemnej płaszczyźnie materialnej; niech odczują to ich rodziny. I niech nigdy nie powróci stan rzeczy, w jakim policjanci byliby przedmiotem kpin czy współczucia swoich znajomych, którzy zdecydowali się poświęcić czysto prywatnym interesom. Szereg przywilejów związanych ze służbą w policji, o ile chcemy utrzymać ich zasadność, wymaga jednak dla równowagi drastycznego zaostrzenia kar za przestępstwa popełniane przez policjantów – stosowania dla nich sankcji dalece dotkliwszych, niż w przypadku przestępstw osób prywatnych. Gdy funkcjonariusz policji dopuszcza się przestępstwa, ciąży na nim odpowiedzialność nie tylko za sam czyn niedozwolony, ale ponadto za zgorszenie obywateli, niszczenie (często bezpowrotne) w ich oczach wiarygodności państwa, wreszcie za zhańbienie symboli mocy politycznej państwa, których jest piastunem. Na policjancie (podobnie, jak na duchownym bądź żołnierzu) ciążą większe powinności, niż na zwykłym człowieku (mówiąc językiem tradycyjnym – szczególne obowiązki stanu), toteż stawia mu się wymagania wyższe, niż zwykłym ludziom – i powinien on to odczuwać.

Obok poborów personelu policyjnego, znacznego podniesienia nakładów finansowych domaga się instrumentarium pracy policji. Braki sprzętowe, w tym najbardziej podstawowego wyposażenia (np. komputerów), co jakiś czas nagłaśniane (bezowocnie) przez media, muszą wreszcie zniknąć. Inwestycje w rozwój kryminalistyki i techniki operacyjnej realnie przekładają się na efektywność jej działań, dlatego na liście priorytetów polityki wewnętrznej państwa należałoby umieścić utworzenie nowych ośrodków, zajmujących się badaniami i wdrożeniami w tym zakresie, oraz zwiększenie budżetów już istniejących ośrodków badawczych. Dobrym pomysłem wydaje się powołanie obok nich centrów pracy teoretycznej. We współczesnej Polsce nie słychać dotąd o takiej dziedzinie, jak teoria policji, zatem najwyraźniej nie budzi ona zainteresowania świata nauki. Dla porównania, w przedwojennej „Gazecie Administracji i Policji Państwowej” regularnie publikowali wyniki swoich badań, analiz i refleksji najwybitniejsi polscy prawnicy i politolodzy (nawiasem mówiąc – bez wyjątku konserwatyści, narodowcy lub rzecznicy ideologii państwowej). Tutaj też otwiera się potencjalne pole dla konstruktywnej aktywności polskiej Prawicy. Jej adepci, zamiast tracić czas na zajmowanie się polityczną bieżączką z jej fikcyjnymi sporami i nieistotnymi sprawami, niech raczej starają się zdobyć eksperckie wykształcenie, które w przyszłości pozwoli im odtworzyć i rozwijać na potrzeby naszego państwa zaniedbaną teorię policji.

Czy jednak w policji mogą nastąpić zmiany we właściwym kierunku, dopóki kierownictwo nad nią sprawują zawodowi działacze partyjni – dyletanci w każdej dziedzinie administracji rządowej, jaka akurat trafia im się w danej kadencji parlamentarnej? Jako logiczne zwieńczenie procesu zasugerowanego w niniejszym artykule nasuwa się postulat dokonania takich zmian prawnych, aby kierownicze stanowiska w ministerstwach odpowiedzialnych za rdzeniowe funkcje państwa nie mogły być obsadzane politykami z klucza partyjnego, lecz zostały zastrzeżone dla zawodowych państwowców, legitymujących się w swojej dziedzinie wysokimi kwalifikacjami (najwyższych rangą oficerów wojska, policji, służb informacyjnych, funkcjonariuszy służby dyplomatycznej i cywilnej o największych osiągnięciach i stażu itd.). Smutna prawda, zawstydzająca dla naszego państwa i narodu, jest bowiem taka, że ostatnim w Polsce ministrem spraw wewnętrznych posiadającym fachową wiedzę o bezpieczeństwie państwowym był… gen. Czesław Kiszczak.

Zdaję sobie sprawę, że realizacja zarysowanych tu przeze mnie przemian w obecnych warunkach ustrojowych mogłaby pozwolić policji skuteczniej inwigilować i zwalczać środowiska takie, jak moje. Trudno – przemiany te są obiektywnie potrzebne. Właśnie na umiejętności odróżniania racji stanu od osobistych preferencji i grupowych interesów zasadza się myślenie w kategoriach państwowych, a jego wyraźnie brakowało na luźno pojętej prawicy w straconym dwudziestoleciu Republiki Okrągłego Stołu.

Adam Danek

AKTUALIZACJA: WYKŁAD ODWOŁANY Z POWODU CHOROBY PROF. GROTTA. ODBĘDZIE SIĘ W INNYM TERMINIE.

Adam Danek, “Pipi-prawica”

Poniższe uwagi formułuję w odpowiedzi na ponawiane od czasu do czasu prośby o wyjaśnienie używanego przeze mnie terminu pipi-prawica. Określenia takie jak „prawica” i „prawicowy” coraz częściej uznawane są za problematyczne z powodu wielości, a raczej dowolności, przypisywanych im znaczeń. Chcąc jakoś ograniczyć ten werbalny chaos, sam stosuję rozróżnienie na (pisaną minuskułą) prawicę oraz (pisaną majuskułą) Prawicę. Do pierwszej zaliczać można wszelkie ugrupowania, środowiska i nurty podające się lub uważane za prawicowe; druga reprezentuje prawicowość pojmowaną ściśle, czyli w sposób zawężający. Idee charakterystyczne dla tej ostatniej próbowałem wcześniej wskazać w artykule „Czym jest Prawica”. Niniejszy artykuł mówi w zasadzie o tym, czym Prawica nie jest.

Zbiorczym mianem pipi-prawicy pozwoliłem sobie ochrzcić grupy i osoby, które uchodzą za przedstawicieli prawicy bądź same się za nich uznają (niekiedy wręcz za jej wyłącznych reprezentantów), ale głoszą poglądy i reprezentują postawy sprzeczne z właściwymi dla Prawicy – z jej ideami, duchem, stylem myślenia. Nie ukrywam przy tym własnych sympatii ani antypatii. „Pipi-prawica” to określenie polemiczne i krytyczne; ma za zadanie nie bezstronny opis rzeczywistości, lecz kpinę. Po czym można rozpoznać środowiska, do których jest ona zaadresowana?

Pipi-prawica neguje prymat ducha (lub ewentualnie Idei, rozumianej w sposób właściwy dla tradycji platońskiej) nad materią i duszy nad ciałem. Przypisuje im co najmniej równy status albo w ogóle nie interesuje się pierwszą z dwóch sfer. Do pipi-prawicy należy zatem i niejedno ze środowisk programowo chrześcijańskich czy katolickich, demonstracyjnie próbujących sprostać (czyt. podlizać się) obecnemu „duchowi czasu” z jego obsesją na punkcie cielesności i dóbr materialnych.

Z zaprzeczenia wyższości sfery duchowej nad materialną częściowo wynika spotykana w wielu pipi-prawicowych grupach negacja prymatu polityki nad gospodarką i chęć odwrócenia tej zasady (głoszenie prymatu gospodarki nad polityką). Postulują one dokonywanie rozstrzygnięć politycznych w oparciu wyłącznie o korzyść ekonomiczną – przy czym nie bardzo wiadomo czyją, choć same oczywiście zapewniają, że chodzi o korzyść wszystkich. Grupy te cechuje jednostronne i krótkowzroczne skupienie uwagi na kwestiach gospodarczych, których nie potrafią widzieć w szerszym kontekście. Niekiedy przeradza się ono w ekonomizm – przesadny i natrętny kult ekonomii dla niej samej, bądź też w wiarę, że samo wprowadzenie określonych rozwiązań ekonomicznych (mówiąc konkretnie – liberalnych lub „wolnorynkowych”) automatycznie uleczy wszelkie bolączki życia społecznego. Tymczasem rozwiązania ekonomiczne powinno się traktować czysto instrumentalnie, jako narzędzia służące budowie potęgi państwa i narodu (możliwie w zgodzie z tradycyjnym porządkiem społecznym) – i nic ponadto. Same w sobie, nie podporządkowane wyższym celom, nie mają żadnej wartości.

Pipi-prawica neguje pogląd o odgórnym pochodzeniu władzy, a podziela pogląd o jej oddolnym pochodzeniu. Dla Prawicy typowe są filozofia polityczna i historiozofia wskazujące na odgórną genezę władzy. Człowiek Prawicy we właściwie ukształtowanym porządku instytucji politycznych, społecznych i religijnych dostrzega ułomne ziemskie odwzorowanie Boskiego Ładu, ewentualnie jego historyczną konkretyzację. Pipi-prawicowiec uważa je wyłącznie za wytwory ludzi, które w związku z tym ludzie mogą dowolnie zmieniać, jeżeli tylko chcą. Do pipi-prawicy należą zatem wszelkie środowiska hołdujące demokratyzmowi, choćby określały się na przykład jako demokraci narodowi.

Pipi-prawica neguje prymat całości nad częścią, to jest wspólnoty nad poszczególnymi osobami i grupami na nią się składającymi. Tradycja klasyczna uznaje całość za lepszą od części i pierwotną w stosunku do niej w porządku bytów. Pipi-prawica odnosi się do całości (państwa, narodu, społeczeństwa) niechętnie, przeciwstawiając jej indywidualizm (prymat cząstki) lub partyjnictwo (prymat części).

Pipi-prawica nierzadko postrzega państwo i jego organy czy rząd (w pierwotnym, szerokim jego rozumieniu) jako zło (nawet jeśli konieczne), jako potencjalnie opresyjne i z definicji podejrzane. Dla porównania, Prawica uznaje ich istnienie nie tylko za konieczne, ale również za dobre. Podstawy ich istnienia odnajduje w sferze metafizyki (wyjaśnia je filozofia polityczna), w Objawieniu (wyjaśnia je teologia polityczna), względnie w naturze człowieka lub w obiektywnych prawach społecznych, działających niezależnie od ludzkich opinii. Do pipi-prawicy należą w rezultacie wszelkie odmiany liberalizmu i ich zwolennicy.

To wyliczenie i tak było jednak dla pipi-prawicy dość pochlebne, gdyż dotyczyło przypadków, w których pipi-prawicowcy prezentują w ogóle jakieś stanowisko w wyliczonych kwestiach. Może w jeszcze większej liczbie przypadków kółka pipi-prawicy zupełnie się takimi zagadnieniami nie interesują, a ich horyzont pojmowania ogranicza się do tzw. bieżączki politycznej, czyli tego, czym telewizja i gazety każą się ekscytować w danym tygodniu. Pipi-prawicowcy żywią przekonanie, że istotne problemy mieszczą się w sferze bieżączki i ignorują wszystko, co poza nią wykracza, trwoniąc czas na pisanie licznych komentarzy do tego, co w ostatnich dniach powiedział akurat Tusk, Kaczyński albo inna demoliberalna miernota.

Spisując powyższe obserwacje, nie chcę bynajmniej powiedzieć, że uważam za niedopuszczalną współpracę z jakimikolwiek ruchami o poglądach odmiennych od tych, jakie identyfikuję z Prawicą. Wartościowe pod niejednym względem koncepcje mogą rodzić się poza obrębem ściśle pojmowanej Prawicy. Pierwszy z brzegu przykład to lewe skrzydło obozu piłsudczykowskiego (tzw. naprawiacze) z jego filozofią statokratyzmu i etosem służby państwowej. Faszyzm plasuje się ponad i poza podziałem na prawicę i lewicę. Reprezentanci narodowego radykalizmu i różnych odmian terceryzmu („trzeciej drogi”, Trzeciej Pozycji) sami odrzucają identyfikację z Prawicą. W wielu kwestiach Prawica ma jednak z tymi nurtami zbieżne zapatrywania, toteż mogłaby z nimi nawiązać owocną (nawet jeśli ograniczoną) współpracę. W ocenie piszącego te słowa bezwartościową stratą czasu byłoby natomiast podejmowanie współpracy ze środowiskami pipi-prawicowymi, z powodu ich ideowej oraz praktyczno-politycznej mięczakowatości. Pipi-prawica byłaby oburzona pomysłami zamachu na ponowożytny, antropocentryczny wzorzec cywilizacyjny, w którym pozostaje zadomowiona, a za największe osiągnięcia rodzaju ludzkiego w ostatnich wiekach bierze zwykle to, co powstało w nich najgorszego.

Adam Tomasz Witczak, “Czy jestem już “pipi”?”

Z zainteresowaniem przeczytałem najnowszy artykuł Adama Danka, jednego z ciekawszych publicystów prawicowych, na temat używanego przezeń już od pewnego czasu pojęcia „pipi-prawicy”. Od pewnego czasu teksty Adama kojarzą mi się głównie z wyliczaniem (pogrubioną czcionką) nazwisk rozmaitych interesujących (a mało znanych) myślicieli i pobieżnym opisem przedstawianych przez nich idei i koncepcji, opatrzonych krótkim komentarzem autora. Kilkakrotnie w internetowych komentarzach ktoś używał sformułowania „Adam Danek zrobił kolejną kwerendę po zbiorach bibliotecznych”, co jest dość uszczypliwe i niezbyt sensowne – w gruncie rzeczy wypada jedynie podziwiać erudycję Adama i jego zasługi w dziedzinie wydobywania na powierzchnię nieraz zapomnianych filozofów i historyków. Jest to o tyle istotne, że bardzo często są to nazwiska polskie, a na rodzimej prawicy często więcej się wie o różnych postaciach „z zagramanicy”, niż o rodakach.

Tym razem jednak Adam Danek napisał artykuł nieomal wyzbyty odniesień do konkretnych nazwisk i nazw, a zamiast tego w skrótowej formie przedstawił swój pogląd na temat „pipi-prawicy”. Okazało się, że pod tym pojęciem rozumie on m.in. dziedzictwo narodowej demokracji (czy też większą jego część), wszelkie nurty inspirowane mniej lub bardziej liberalizmem (konserwatyzm liberalny, libertarianizm etc.), a także chadecję i rozmaite bagienne partyjki „pełniące obowiązki umiarkowanej prawicy” we współczesnym świecie.

Z częścią tez autora nie sposób się nie zgodzić, zajmę się zatem tym, co budzi moje wątpliwości. Nie będzie to żadna rozbudowana polemika, a jedynie kilka uwag na marginesie, zwłaszcza że i sam tekst Adama był krótki.

Autor pisze m.in. o mającym cechować „pipi-prawicę” przekonaniu o przewadze spraw materialnych nad duchowymi, o koncentracji na tym, co ziemskie i cielesne. Opozycją dla takiego podejścia miałaby być postawa autentycznej Prawicy, postulującej tryumf ducha nad materią. Co do zasady – zgoda. Trudno zresztą nie zgodzić się z takim postawieniem sprawy, wszak aż głupio byłoby komukolwiek przyznać się, że niskie sprawy brzucha stawia ponad to, co wzniosłe, nadprzyrodzone, wyższe. Czytamy jednak o tym, że grupy „pipi-prawicy” cechuje negacja prymatu polityki nad gospodarką. Kto śledzi publicystykę Adama Danka, ten łatwo zauważy obecną u niego (może od zawsze, ale szczególnie widoczną od niedawna) sympatię do (niekoniecznie szczegółowo rozważanych) koncepcji „dystrybucjonizmu”, „socjalizmu cechowego”, „korporacjonizmu”, „neo-feudalizmu” etc. Tej sympatii towarzyszy pogarda zarówno dla postulatów „po prostu wolnego” rynku, jak i dla – mającej z konieczności tym postulatom towarzyszyć – mentalności kupieckiej, paskarskiej, burżujskiej, słowem: zgniłej i marnej w całej swej „anty-okazałości”. Sam zresztą również ileś razy pisałem mniej więcej takie rzeczy, jak Adam w inkryminowanym artykule.

Problemem, który od pewnego czasu zauważam w publicystyce Adama i ogólnie w wypowiedziach ludzi z kręgu Falangi i Xportalu, jest traktowanie gospodarki jako czegoś, co nie rządzi się określonymi prawami i zależnościami, natomiast może być na różne sposoby wykorzystywane przez (oczywiście prawowite, katolickie i reakcyjne) rządy do umacniania tradycji, hierarchii, ładu etc. Niekiedy ten sposób myślenia o ekonomii przeradza się w sformułowania bardzo uproszczone (w skrajnych przypadkach można tu mówić wręcz o wulgaryzacji), które ładnie podsumował jeden z forumowiczów Xportalu, pisząc: Problem w tym, że antyrynkowcy są albo socjalistami – niszczeni w kilku zdaniach, albo są Prawdziwymi Prawicowcami, odrzucającymi ekonomizm, pieniądz, handel, bo to „wytwór zgniłej cywilizacji kupieckiej” czy coś w tym stylu. Oczywiście nie mają żadnego pojęcia o ekonomii, a mimo tego stwierdzają, że ma być podporządkowana czemuś tam. Trudno z takimi ludźmi prowadzić rzeczową dyskusję.

Rzeczywiście, od dawna mam wrażenie, że odwieczne dysputy „wolnorynkowców” z „pro-socjalnymi” czy „korporacjonistami” na forach narodowych wyglądają mniej więcej tak, że wolnorynkowiec przedstawia jakieś rozumowanie, wnioski, modele („Pan A kupuje…”), nawet dane empiryczne, by pewne rzeczy dodatkowo potwierdzić, otrzymuje zaś odpowiedzi w rodzaju: „Nie ma sensu gadać z nastoletnimi korwinowcami, którzy żyją na garnuszku mamusi i nie wiedzą, co to jest prawdziwe życie…” albo „Bo wy, rynkowcy, myślicie tylko o forsie, jak ŻYDZI!!!, o zysku, a człowiek się dla was nie liczy…” etc. Na forach konserwatywnych można przeczytać coś bardziej przypominającego to: „Przede wszystkim istotne jest to, że siudra i wajśa powinni znać swoją pozycję w świętej hierarchii, gdzie stoją niżej od bramina i kszatrii”.

Inaczej mówiąc, odpowiedzi są nie na temat. Ktoś tłumaczy: „Wolny rynek w tym-a-tym zagadnieniu przyniesie większe zyski, niższe ceny, lepszą jakość”. Można z tym polemizować, ale cóż począć, gdy polemika nie wygląda tak: „Nieprawda, bo zauważ, że jeśli nawet pracodawca… to wówczas… a biorąc pod uwagę preferencje…”, tylko tak: „Liberalizm wyjałowił was z ducha, w pogoni za zyskiem rozbijacie utrwalone tradycją obyczaje” etc.

Ja zresztą nie potępiam np. feudalizmu czy korporacjonizmu. Dziwi mnie jednak to, że kiedy Adam Danek pisze o nich, to zdaje się prawie w ogóle nie dostrzegać, nie analizować, nie uzasadniać ich sensu ekonomicznego, ich przewagi nad wolnym rynkiem (powiedzmy, tym idealnym) – wystarczy mu jedynie, że „jakoś” podbudowują i umacniają Ład, że są w pewnym sensie odbiciem „hierarchii niebiańskiej” etc. A przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by np. ład feudalny traktować jako ustrój ekonomiczny i spoglądać na te wszystkie „brzydkie”, „niskie” rzeczy – dochody, przychody, zyski, straty, interesy itd. Często zresztą okazuje się, że i wówczas rządziły takie same interesy i interesiki, jak obecnie, a cła w jednych miejscach lub myta, nakazy i zakazy w innych nie wypływały bynajmniej z głębokich rozważań nad boskim Ordo, ale po prostu z faktu, że ktoś-gdzieś chciał zarobić – dany stan, ludność danej okolicy, określona grupa zawodowa etc. To natomiast miało określone skutki dla gospodarki – ktoś się bogacił, ktoś biedniał, być może wszyscy się bogacili, a może wszyscy biednieli… Świadomie nie wchodzę tu w żadne szczegóły, nie stawiam nawet wprost tezy, że wolny rynek jest lepszy i najlepszy. Chodzi tu jedynie o sposób myślenia, o rodzaj stosowanych argumentów i o to dziwne przeświadczenie, które perfekcyjnie wyraził jego zwolennik, kol. Tomasz Wiśniewski: Gospodarka to tylko różne taktyki mające ma celu wzbogacanie się, a skutkiem koniecznego podporządkowania jej polityce nie widzę niczego nieodpowiedniego w żonglowaniu na przemian kolektywizacją czy leseferyzmem (cytat z Xportalu). Otóż właśnie: kol. Reaktor nie pomyśli o tym, czy w ogóle ową „kolektywizacją” da się wzbogacić. Rozważa to jako „jeden ze sposobów”, podobnie czyni Adam Danek, traktując gospodarkę jako coś, co można sobie „modelować”, „nastawiać”, „wykorzystywać”. Ale gospodarka, choć złożona, w ostateczności opiera się na rachunku zysków i strat. Czy Adam Danek uważa, że jest sens utrzymywać nierentowne przedsiębiorstwa albo najzupełniej niewygodne dla konsumenta, bezsensowne ograniczenia (jakieś rodzaje podatków, ceł, „odwiecznych” przywilejów dla chłopów z wioski Y itd.) tylko po to, by dzięki temu… no właśnie, by dzięki temu co? Czy po to, by budować rodzaj „sztucznego raju”, w którym co prawda nie będzie dóbr w obfitości, ale za to będzie obfitość „starych zwyczajów”, „konkretnych wolności”, „rytualnych zakazów”, „niedotykalnych zawodów” itd.?

Niektórzy zdają się przypisywać zgoła mistyczne znaczenie i wartość samą w sobie prozaicznym (w gruncie rzeczy) urządzeniom typu „zakaz handlu piwem chłopom z Pazimiechów Dolnych od poniedziałku rano do zachodu słońca w środę”, „zakaz przewozu obcych trunków przez drogi województwa Zapyziałowskiego”, „myto na drewnianym mostku z Ciemnołysiny Wielkiej do Łupieżokudłaczy Małej”, „obowiązek wystawiania na sprzedaż trzeciej części jajec kurzych przez chłopów ze Zjełczałomaślowic nie drożej niż za grosz od sztuki”, „zakaz pracy w obrębie murów Stodołowa Spichrzowskiego dla partaczy spoza cechu” etc. Czytam teraz m.in. książkę J. Rutkowskiego „Wokół teorii ustroju feudalnego”, gdzie opisywanych jest sporo takich podatków, opłat, ceł, ograniczeń, zakazów, nakazów etc. Nie ma przy tym powodu sądzić, że były one zawsze słuszne, dobre, piękne, rozsądne, pożyteczne i zbawienne.

Co więcej trzeba sobie rzec, nawet jeśli miałoby to być bluźnierstwem przeciwko całościowej i nieprzerwanej narracji ustawicznego upadku, były po prostu kwestie, w których ludzie się zwyczajnie mylili albo nie do końca rozumieli pewne procesy rynkowe — i np. dopiero w którymś tam momencie doszli do sensownej teorii cen (jako nie istniejących „obiektywnie” i „danych z góry”, lecz będących po prostu rezultatem transakcji na rynku, podaży i popytu — tu choćby zasługa tych, już oczywiście zaklasyfikowanych na Xportalu jako podejrzani destruktorzy tradycji i protoliberalni wolnomyśliciele, scholastyków z Salamanki). To samo tyczy się zrozumienia zjawiska inflacji, praw rządzących pieniądzem itd. Pojawia się tu kwestia fałszowania monety, która tak absorbowała Jana de Marianę, ale dla kol. Reaktora pewnie był on tylko jątrzącym proto-teologiem wyzwolenia, zaś król, jeśli chciał się wzbogacić kosztem plebsu, no to… no to miał się wzbogacić, kasa być musiała. Wnioskuję to z następującej jego wypowiedzi forumowej: Jeśli władza potrzebuje kasy, to kasa ma być. Może ją wyciągnąć przymusowymi kontyngentami czy podatkami za obracanie czy posiadanie. Rachunek sprowadza się tutaj do stwierdzenia, która metoda będzie wymiernie lepsza. Ale na rachunku i tak nie trzeba polegać, bo można uznać, że metoda przezeń wskazana przyczynia się do jakiejś rewolucji czy szkodzi moralności, albo w inny sposób, np. nawala po dłuższym okresie czasu.

Następną kwestią, którą chciałbym poruszyć, jest kwestia władzy. Adam twierdzi, że „pipi-prawicę” cechuje nieufność wobec władzy jako takiej, niedowierzanie państwu etc. – i jest to wyraźnym prztyczkiem pod adresem liberałów, libertarian… ale paradoksalnie być może też niektórych konserwatystów. I nie mam tu wcale na myśli ko-liberałów, ale właśnie reakcjonistów. Jak już to pisałem Adamowi na Xportalu – istnieje przecież cała tradycja reakcjonizmu postulującego daleko idące ograniczenie władzy monarchy, bynajmniej nie przez „demokrację i prawa człowieka”, ale właśnie przez obyczaje, „stare prawa”, przykazania boskie etc. Oczywiście to nie znaczy, że te ograniczenia były „wolnorynkowe” (równie dobrze mogły być to owe, nieco przeze mnie wyśmiane powyżej, „cła, myta, przywileje”), niemniej wiązały się z nieufnością wobec poborcy podatkowego i wszelkiego zwiększania zakresu władzy przez stojących wyżej w hierarchii. Adam Wielomski szczegółowo opisał kiedyś francuskich monarchistów — antyabsolutystów, którzy jeszcze w czasie Rewolucji mieli bagatelizować obalenie króla, a zamiast tego ustawicznie podkreślali niecne zakusy monarchii absolutnej na odwieczne wolności. Podobną tematyką zajmował się też Jan de Mariana (moje tłumaczenie wprowadzenia do książki o nim ukaże się w nowym numerze „Młodzieży Imperium”), posuwając się tu wręcz do aprobaty dla tyranobójstwa i potwierdzając prawo do niego nawet prywatnej osobie w szczególnych przypadkach. Zresztą, czyż mamy się wstydzić za Szarlotę Corday albo Leona Torala, zabójcę antyklerykalnego prezydenta Meksyku, Obregona? Oczywistym jest przecież, że nie mamy na myśli aprobaty dla buntu przeciw prawowitemu władcy – ale jeśli weźmiemy pod uwagę także prawowitość sprawowania władzy, to możemy zrozumieć sposób myślenia de Mariany. On po prostu wąsko pojmował zakres tej prawowitości, protestując przeciwko traktowaniu „gospodarki jako narzędzia”, jeśli przejawiało się to fałszowaniem monety przez króla czy nakładaniem nadmiernych podatków.

Nie widzę zatem powodu, by konserwatysta (reakcjonista, tradycjonalista) miał popadać w jakąś formę statolatrii, fanatycznego kultu władzy etc. Swoją drogą, ciekawi mnie, jak przedstawia się stosunek Adama Danka do władz obecnych? Na końcu swojego tekstu pisze bowiem, że „Pipi-prawica byłaby oburzona pomysłami zamachu na ponowożytny, antropocentryczny wzorzec cywilizacyjny, w którym pozostaje zadomowiona”. Niewątpliwie taki zamach w ten lub inny sposób musiałby się łączyć z odebraniem władzy demokratom, socjaldemokratom, liberałom, chadekom i innym, zapewne z jakąś (kontr)rewolucją „czarnych mundurów”. Zastanawia mnie zatem, czy również dla obecnego państwa Adam Danek przewiduje szacunek i uważa jego istnienie za „dobre”? Zaznaczam przy tym, że ostatnie zdania nie mają żadnej ukrytej intencji – faktycznie są po prostu pytaniem skierowanym do autora.

…podobnie jak tytuł artykułu. :)

Polska nie jest najważniejsza

I

Na scenie politycznej Republiki Okrągłego Stołu pojawiła się niedawno kolejna „nowa jakość” – ugrupowanie o wyzywającej nazwie Polska Jest Najważniejsza. Nowe stronnictwo jest nowe wyłącznie we własnych zapewnieniach. Powstało drogą secesji z jednej z partii współtworzących okrzepły kartel parlamentarny, spowodowanej zresztą nie różnicami w programach, lecz wewnętrznymi rozgrywkami personalnymi. Pod względem osobowym jego jądro tworzą bez wyjątku parlamentarzyści – spady z tejże partii. Nawet nazwa ruchu została zwyczajnie zmałpowana z hasła wyborczego przewodniczącego partii, użytego przezeń w kampanii propagandowej przed ostatnimi wyborami na prezydenta Republiki.

Powstała ostatnio formacja kontynuuje więc to wszystko, co kisło pod nazwą prawicy przez cały okres straconego dwudziestolecia Republiki Okrągłego Stołu. W związku z tym nie zasługuje na uwagę w najmniejszym stopniu, choć zapewne raz jeszcze znajdzie się mniejsza lub większa grupa naiwnych, skłonnych dać wiarę deklaracjom i obietnicom dokonania zmian w status quo, składanym co parę lat przez ciągle tych samych ludzi, żyjących ze składania obietnic i deklaracji. Od samego ugrupowania znacznie ciekawsza jest jego nazwa, ponieważ przypomina ona o problemie, nad jakim w środowiskach prawicowych czy, szerzej, patriotycznych mało komu chce się zastanowić. Na pytanie „Czy Polska jest dla ciebie najważniejsza?” większość członków tych środowisk bez namysłu odpowiedziałaby twierdząco. Czy jednak naprawdę dla człowieka Prawicy Polska powinna stanowić najwyższe dobro?

Aby móc odpowiedzieć na to pytanie, trzeba najpierw wyjaśnić, jak właściwie należy rozumieć pojęcie Polski. Upraszczając do maksimum to niezwykle złożone i delikatne zagadnienie, da się wyróżnić przede wszystkim dwa jego najczęściej spotykane znaczenia.

II

Po pierwsze, Polska może oznaczać wspólnotę historyczną, narodową bądź kulturową. Kultura narodowa jest niewątpliwe dobrem, a z samej przynależności do niej, choć nie dobrowolnej (bo nawet najbardziej pokrętne liberalne i demokratyczne sofizmaty nie zdołają przedstawić urodzenia się w konkretnej wspólnocie narodowej i bycia w niej wychowanym jako „wolnego wyboru” dokonywanego przez „jednostkę”), wynikają określone obowiązki, zwłaszcza obowiązek jej chronienia i pielęgnowania. Skoro jednak naród pozostaje wspólnotą historyczną (zamkniętą w doczesności, podległą upływowi czasu), nie należy stawiać go w miejscu absolutu (niezmiennego, wiecznego, trwającego poza historią i czasem). Absolut to dobro bezwzględne; historycznie ukształtowany naród, choć cenny, zawsze będzie zaś dobrem względnym. Wszystkie kultury narodowe (i inne) są niepowtarzalne, jednokrotne, stanowią historyczne indywidualności, niemożliwe do podrobienia gdzie indziej i przez innych ludzi. Wszystkie kultury narodowe, a nie tylko jedna, mają wartość i niepowtarzalny urok, wszystkie zasługują na szacunek i zachowanie. Każdy naród jest jakością partykularną, a nie uniwersalną, cząstkową, a nie powszechnie obowiązującą. Kto przestrzega obowiązków wobec własnego narodu, nie może żywić wrogości ani do innych narodów za to, że istnieją, ani do ich członków za to, że do nich przynależą. (Podwórkowy, etniczny nacjonalizm w stylu endeckim, jątrzący dla zasady automatyczną nienawiść do wszystkiego, co niemieckie, ukraińskie albo litewskie, to nie duma narodowa, lecz ideologiczny rynsztok.).

Ale człowiek należy do wielu wspólnot naraz, więc wiążą go powinności nie tylko wobec narodowej wspólnoty kultury. W niektórych sytuacjach obowiązki wobec poszczególnych wspólnot mogą się ze sobą kłócić, stawiając go przed koniecznością dokonania dramatycznego wyboru. Czy pierwszeństwo zawsze będzie mieć lojalność względem narodu? Zupełnie odmiennego rodzaju wspólnotę tworzy Kościół. Narody, kultury i w ogóle wspólnoty historyczne są względne (co nie odbiera im wartości), natomiast Kościół opiera się na Prawdzie absolutnej i bezwzględnej, jednej dla całego wszechświata. Narody to wspólnoty partykularne, podczas gdy Kościół jest wspólnotą uniwersalną i mieści w sobie wszystkie narody. „Cel tego, co częściowe i jego doskonałość, leży w tym, co całościowe, zatem i porządek częściowy znajduje swój cel i doskonałość w porządku całościowym. A zatem dobro porządku częściowego nie wykracza poza dobro porządku całościowego, lecz raczej przeciwnie, nie dosięga go.”* Używając profańskich kategorii, tam, gdzie interes narodu popada w konflikt z interesem Kościoła, trzeba bronić racji Kościoła – przeciw racjom narodu. Trafnie ujął ten problem polski nacjonalista: „Jesteśmy katolikami nie tylko dlatego, że Polska jest katolicka, bo gdyby nawet była muzułmańska, prawda nie przestała by być prawdą, tylko trudniejszy i boleśniejszy byłby dla nas, Polaków dostęp do niej. Jesteśmy katolikami nie tylko dlatego, że doktryna katolicka lepiej rozstrzyga trudności a dyscyplina konflikty, ani dlatego, że imponuje nam organizacja hierarchiczna Kościoła zwycięska przez stulecia, ani dlatego wreszcie, że Kościół ocalił i przekazał nam w spuściźnie wszystko to, co w cywilizacji antycznej było jeszcze zdrowe i nie spodlone, ale dlatego, że wierzymy, iż jest Kościołem ustanowionym przez Boga.” Autorem tych słów był dr Jan Mosdorf (1904-1943), pierwszy przywódca Obozu Narodowo-Radykalnego.

III

Po drugie, Polska może oznaczać państwo bądź, szerzej, geopolityczny ośrodek siły. Posiadanie własnego państwa lub ośrodka siły również jest wielkim dobrem, dlatego zasługuje na ochronę i wsparcie, ale i tego dobra nie należy uważać za bezwzględne. Ani suwerenność państwa, ani jego niepodległość nie jest absolutem. Suwerenność to w gruncie rzeczy konstrukcja wymyślona przez nowożytnych filozofów prawa i polityki dla uzasadnienia emancypacji państwa spod praw Boskich, skutkującej rozwojem raka laicyzmu. Tam, gdzie popadają one w konflikt, Prawica powinna wspierać prawa Boskie przeciw suwerenności państwa. Człowiek Prawicy dystansuje się również od orientacji bezkrytycznie niepodległościowej, głoszącej, że naród musi mieć własne państwo, nawet czerwone czy różowe, byle niepodległe. Podległość innemu ośrodkowi, który zaprowadziłby i utrzymywał w Polsce konserwatywny ład społeczno-polityczny, byłaby wręcz dobrą perspektywą, w porównaniu do stanu obecnego. Rozbiory zaszkodziły Polsce nie tyle z powodu samej utraty bytu państwowego i podległości ziem polskich zewnętrznym centrom, ile raczej z powodu zaprowadzenia na nich przez te centra rozwiązań i idei oświeceniowych. Zupełnie inaczej natomiast wypada ocenić rządy zaborców w tych okresach albo dziedzinach, w których prowadziły one politykę zachowawczą, zwalczając siły wrogie porządkowi opartemu na tradycji. Zarówno jałtański, jak i obecny układ geopolityczny jawią się jako szkodliwe z powodu nie samego podporządkowania polskiej państwowości zewnętrznym ośrodkom, lecz złej orientacji ideowo-politycznej tych ośrodków: komunistycznego charakteru Układu Warszawskiego i RWPG zintegrowanych wokół Związku Sowieckiego oraz liberalnego charakteru Unii Europejskiej zintegrowanej wokół Niemiec i NATO zintegrowanego wokół Stanów Zjednoczonych Ameryki.

IV

Jakkolwiek by nie definiować Polski, dla ludzi Prawicy Polska nie jest najważniejsza. Zajmuje ona ustalone i ważne miejsce w hierarchii dóbr i przedmiotów lojalności – ale nie miejsce najwyższe. Najważniejsze pozostaje panowanie Boskiego Ładu i Tradycji, a nie tego czy innego państwa, narodu lub partykularnej kultury.

Adam Danek

* Dante, De Monarchia, Księga pierwsza, VI 1 (przeł. Władysław Seńko).

Polska nie jest najważniejsza

JKM

Janusz Korwin – Mikke ogłosił w Łodzi, że w ciągu najbliższych dni zostanie zarejestrowana nowa, prawicowa partia, która pójdzie do wyborów parlamentarnych.

Na razie nie wybrano jeszcze jej nazwy, ale już wiadomo, że będzie to połączenie istniejącej Unii Polityki Realnej oraz Wolności i Praworządności. Janusz Korwin – Mikke zapowiedział również, że stanie na czele nowej partii, która prawdopodobnie będzie nazywała się UPR WIP. Ale ostateczną nazwę wybierze konwent partii, który zaplanowano na 27 marca.

Twórcy nowej formacji politycznej zapowiadają również, że w kwietniu chcą zorganizować kongres nowej prawicy w Warszawie, na którym zdecydują w jakiej formie i ewentualnie z kim pójdą do wyborów.

Janusz Korwin – Mikke zapewnił też, że nie wyklucza żadnej koalicji przedwyborczej, poza partiami zasiadającymi w Sejmie. – Miejsce ludzi którzy obecnie rządzą jest w kryminale, a nie w parlamencie – powiedział.

za: WP.pl

“„Artykuł 2 dekretu Konwentu z 2 sierpnia 1793 mówi: ‘Ministerstwo wojny wyśle do Wandei, materiały palne różnego rodzaju, by podpalać wszelkie lasy’; zaś Artykuł 7: ‘Lasy zostaną wycięte, kryjówki rebeliantów zniszczone, plony ścięte a bydło zabrane. Dobra rebeliantów będą zadeklarowane jako należące do Republiki’. Inny dekret tak jest sformułowany: ‘Żołnierze wolności, trzeba, by przed końcem października bandyci z Wandei zostali wytępieni. Ocalenie ojczyzny tego wymaga, niecierpliwość ludu francuskiego tego żąda, jego zaś odwaga powinna tego dokonać’. Inny dekret zarządzał, aby wszystkie miasta, które poddadzą się Wandejczykom zostały zrównane z ziemią. Reprezentanci ludu uchwałą z 21 grudnia, zorganizowali kompanię podpalaczy. Sformowano sławetne kolumny piekielne. W chwili, gdy miały wymaszerować, jeden z generałów przemówił: ‘Towarzysze, wchodzimy do kraju opanowanego powstaniem; daję wam rozkaz wydać płomieniom wszystko, co będzie możliwe do spalenia i przebić ostrzem bagnetu wszystko co napotkacie żywego na waszej drodze’. Zauważyć należy, że przed tym rozkazem prawie wszystkie miasta Wandei zostały spalone i że do podpalenia pozostały już tylko najmniejsze wioski i samotne chaty. Współczesny historyk mówi: ‘W pięć dni, cała Wandea pokryta została szczątkami i popiołami. Sześćdziesiąt tysięcy ludzi żelazem i płomieniem w ręce, przeszło ją we wszystkich kierunkach, nie pozostawiając nic, co by stało na nogach, nic żyjącego. Wszelkie okrucieństwa uprzednio popełnione były tylko niewinną grą w porównaniu do tych obrzydliwości. Te armie, naprawdę piekielne, zmasakrowały mniej więcej ćwierć pozostałej przy życiu ludności’.”

Do redakcji Reakcjonisty.pl dołączył Tomasz Kostyła, wokalista legendarnego zespołu narodowo-radykalnego Legion znany z takich utworów jak “My, Nowe Pokolenie”, “Legiony Polskie”, “ONR” czy “Krzyżowcy XX wieku”. Członek Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, były działacz Polskiej Partii Narodowej, obecnie prawicowy publicysta i… poeta.

Liczymy na owocną współpracę i ciekawe artykuły o tematyce narodowo-katolickiej.

Janusz Korwin-Mikke

Radykalna redukcja wydatków na administrację, likwidacja podatku dochodowego CIT oraz tzw. janosikowego – to najważniejsze punkty programu w nadchodzącej kampanii wyborczej partii, której liderem jest Janusz Korwin-Mikke.

Jak poinformował w czwartek na konferencji prasowej prezes partii Wolność i Praworządność Janusz Korwin-Mikke, władze Unii Polityki Realnej oraz WiP podjęły decyzję o wspólnym starcie w wyborach parlamentarnych.
- Na razie będziemy się tytułować UPRWiP, jednak zamierzamy startować pod inną nazwą. Jak będzie brzmiała, wszystko się wyjaśni w najbliższych tygodniach – zaznaczył prezes WiP. Dodał, że to on będzie liderem ugrupowania.
Zdaniem prezesa WiP należy jak najszybciej zmniejszyć wydatki na administrację państwową. Według Korwin-Mikkego powinno się także zlikwidować podatek dochodowy dla firm (CIT).
- Podatek ten jest grzywną za dobrą pracę. Dlatego ludzie nie chcą zakładać przedsiębiorstw, nie chcą pracować. I w ten sposób bezrobotnych przybywa – mówił
Jego zdaniem “niedopuszczalne” jest też tzw. janosikowe, płacone przez bogatsze gminy na rzecz tych biedniejszych.
- Nie można przecież okradać bogatych tylko dlatego, by wspomóc biednych – zaznaczył lider WiP.

za: RP.pl

Ekofaszyzm zrujnuje Polskę?

Posted by admin under Socjalizm

PKB będzie niższe. A wszystko przez ochronę klimatu – podaje “Rzeczpospolita” unijna polityka klimatyczna spowoduje zmniejszenie PKB o 1 proc. rocznie przez 20 lat.
O jakich kwotach mówimy? W tym roku wartość naszego PKB wyniesie 1 400 mld zł, czyli co roku przez 20 lat tracić będziemy przynajmniej 14 mld zł. To 1/3 tegorocznej dziury budżetowej ! A przecież zakładamy, że wartość PKB będzie rosła. W ciągu dwóch dekad da to astronomiczną sumę grubo ponad 300 mld zł.

Gazeta powołuje się na raport Banku Światowego “W kierunku gospodarki niskoemisyjnej w Polsce”, który ocenił wpływ polityki ochrony klimatu UE na polską gospodarkę. Twórcy dokumentu wskazują, że koszty dla naszej gospodarki będą wyższe niż w innych krajach. Oprócz spadku PKB dotkną nas takie problemy jak bezrobocie czy spadek produkcji.

Najtrudniejszy będzie 2020 rok. Gdybyśmy nie podejmowali żadnych działań związanych z ochroną klimatu, PKB byłoby 2% wyższe. Najbardziej ucierpią sektory energochłonne. Straci nie tylko przemysł ciężki, ale także transport. Cytując raport, dziennik wskazuje, że ceny energii wzrosną w naszym kraju o 20 proc. Polscy eksperci są mniej ostrożni i prognozują wzrost o 50 proc.

Twórcy raportu przyznają, że przejście na gospodarkę niskoemisyjną to dla Polski wyzwanie porównywalne z przejściem z socjalizmu do kapitalizmu. Według założeń pakietu klimatycznego UE emisja CO2 ma się zmniejszyć do 2020 roku o 20 proc.

za: WP.pl